Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 205 761 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Beskid Żywiecki

niedziela, 12 stycznia 2014 15:13

 

 

Beskidy - listopad 2013

 

 

 

IMG_1738.jpg

 

 

IMG_1749.jpg

 

 

IMG_1754.jpg

 

 

IMG_1759.jpg

 

 

IMG_1764.jpg

 

 

IMG_1794.jpg

 

 

IMG_1795.jpg

 

 

 



komentarze (28) | dodaj komentarz

Coś się kończy, coś się zaczyna

poniedziałek, 06 stycznia 2014 17:19

 

 

Drodzy Czytelnicy, to ostatni post, który zamieszczam na blogu w tej formie. Głównym powodem jest brak czasu i weny opisywania rzeczywistości. Może w przyszłości wrócę do pisania.


Bardzo dobrze wspominam te 5 i pół roku prowadzenia zapisków na tym portalu.
Dziękuję osobą, które wysyłały miłe słowa pod adresem tego bloga :).


Na chwilę obecną będę regularnie zamieszczał  tutaj zdjęcia z miejsc, w których byłem i trochę muzyki, więc będzie można podpatrzeć gdzie ostatnio bywałem ;)

 

Pozdrawiam Piotrek

 

Jura cz.2

 

 

IMG_1370.jpg

 

IMG_1386.jpg

 

IMG_1400.jpg

 

IMG_1440.jpg

 

IMG_1520.jpg

 

IMG_1577.jpg

 

IMG_1581.jpg

 

IMG_1600.jpg

 

IMG_1593.jpg

 

 

 

 

 



komentarze (101) | dodaj komentarz

Jura

sobota, 14 września 2013 23:03

 

Kilka dni temu wróciłem, niestety przedwcześnie ze Szlaku Orlich Gniazd. 5 dni wędrówki a wrażeń co niemiara. Trasę chciałem przejść w 7 dni zaczynając w Częstochowie i kończąc w Krakowie. Spakowałem namiot, śpiwór i jeszcze trochę, zarzuciłem na grzbiet i wyruszyłem w kierunku stacji PKP w Dąbrowie Górniczej. Żeby nie było nudno to na dworcu zaczepiła mnie ekipa jakiejś telewizji regionalnej i dość jednoznacznie chciała ze mnie wydusić jak złe i niedobre są Koleje Śląskie. Jeżdżę na trasie tego pociągu nieregularnie od paru lat i naprawdę nie mam za dużo do zarzucenia PKP. Dzięki tym zacnym reporterom mogłem sobie posłuchać jak kilku zgryźliwych tetryków marudzących do mikrofonu przez 10 minut. Trochę to smutne jak można za pomocą kamery sterować informacjami przekazywanymi w mediach.

 

Wracając do głównego wątku czerwony szlak ma łącznie 164 kilometry długości, więc dziennie chciałem przejść około 24 km. W Częstochowie byłem około południa, trochę zakupów i mogłem ruszyć. Pogoda była niesamowita, przez 3 dni nie było na niebie nawet jednej chmurki. Na szczęście szybko wydostałem się z miasta i skierowałem w kierunku Olsztyna. Bardzo ładny i godny odwiedzenia jest rezerwat Zielona Góra, piękne ostańce i bukowy las robią wrażenie. Przed zachodem słońca dotarłem do Olsztyna. Kolacja + zielona herbata + zachód słońca na tle zamku = niezapomniane wrażenia. Po spakowaniu miałem dylemat iść jeszcze trochę czy już się rozbić na nocleg. Oczywiście stwierdziłem, że pójdę jeszcze przez jeden krótki rezerwat... nooo nie był aż tak krótki :D. W gęstym bukowym lesie szybko zapada zmrok, kiedy było już bardzo ciemno raz nawet zgubiłem szlak (niezapomniane są takie chwile :), ale czołówka dała radę i powróciłem na drogę.

 

Bezchmurne słoneczne niebo jest wspaniałe w dzień, ale w nocy miałem na sobie podwójne ubranie i spałem w czapce zimowej na głowie :D. Nawet nie chciałbym wiedzieć ile stopni było wtedy na termometrze.

 

Rano na śniadanie budyń :), i w drogę do Bobolic. Po drodze można zobaczyć bardzo ładną miejscowość Złoty Potok, w której znajdziemy pałac Raczyńskich, dwór Krasickich, stawy z pstrągami i śliczny rezerwat z wieloma ostańcami. Zobaczyłem również ruiny zamków w Mirowie i Bobolicach, à propos zamków, z lekcji historii każdy wie, że Kazimierz Wielki „zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną” a z tego co wyczytałem to większa część budowli warownych na szlaku nie jest jego dziełem.

 

Następnego dnia doszedłem do Żerkowic, po drodze były piękne ostańce w rezerwacie Góra Zborów, wiele malutkich wiosek i zamek w Morsku. Wieczorem rozpaliłem ognisko, upiekłem kiełbaski i było bardzo przyjemnie się trochę ogrzać w czasie zimnej nocy. Dopiero dziś przeczytałem, przepisy dotyczące rozpalania ognia, więc jeśli kogoś to interesuje to nie wolno rozpalać ognia w odległości mniejszej niż 100 metrów od ściany lasu. W sumie to lepiej wiedzieć o tym niż zarobić mandat. :)

 

Rano aura zaczęła się zmieniać, zachmurzyło się. chciałem dojść jak najdalej tego dnia , ale popołudniu zaczęło padać, w okolicach Ogrodzieńca już tak na poważnie. Dowlokłem się do Pilicy mokry jak pies zjadłem obiad i na obrzeżach rozbiłem się. Wszystko było mokre padało do zachodu słońca więc nie zostało nic innego niż wejść do śpiwora, przeczekać i mieć nadzieję na jutrzejsze słońce.

 

Kiedy wstałem już wiedziałem, że jest dobrze. Słoneczko prześwitywało przez tropik radośnie. Zjadłem trochę, spakowałem wszystko i z chlupocącymi butami zacząłem się przedzierać przez trawy (po wyjściu w okolice Smolenia byłem znowu przemoczony do suchej nitki. Miałem już plan wracania do domu, niestety trochę przeholowałem i ścięgno Achillesa było kontuzjowane. Na trasie Od Pilicy do Olkusza były piękne wąwozy lessowe, zamek w Smoleniu, Bydlinie i Rabsztynie i rezerwat Pazurek z zjawiskowymi buczynami (tak blisko domu, a dopiero teraz takie śliczne lasy odwiedzam :/)

 

Szkoda, że nie udało się zrobić całego szlaku, może w przyszłości... Ale na pewno w towarzystwie, 5 dni solo i człowiek zaczyna do siebie gadać :D

 

Naprawdę warto wybrać się na jurajskie pola, wsie i ostępy. Zdjęcia mówią same za siebie ;)

 

 

 

 

 

 

IMG_1365.jpg

 

IMG_1369.jpg

 

IMG_1412.jpg

 

P1040602.JPG

 

IMG_1617.jpg

 

IMG_1494.jpg

 

IMG_1635.jpg

 

IMG_1469.jpg



komentarze (30) | dodaj komentarz

2/3 wakacji

piątek, 30 sierpnia 2013 23:25

 

Ale ten czas szybko mija, zbliża się nowy rok akademicki więc przypomina się też blog :). Do marca sporo się działo, postaram się to jakoś ubrać w słowa.

 

W kwietniu i maju było dużo nauki, nie chodziłem za często na ściankę, nie było czasu na granie i ogólnie trochę monotonnie mi te miesiące przeleciały. Mieliśmy przed termin z chorób zakaźnych i egzamin praktyczny z interny więc było się do czego przygotowywać nawet przed sesją. Na szczęście udało mi się w majówkę wyskoczyć w Beskid na kilka dni (kilka zdjęć poniżej), nigdy jeszcze nie chodziłem w tak mglistej pogodzie w górach, człowiek niesamowicie się czuje wędrując przez las i widząc na jakieś 10 metrów do przodu. Sceneria po prostu magiczna.... Popołudniami pogoda się poprawiała i do Zabrza wróciłem caluteńki czerwony (no bo po co w maju komuś krem do opalania ?? :). W czasie sesji mieliśmy tylko 2 poważne egzaminy internę i radiologię. Wszystko udało się zamknąć bezstresowo i byłem z tego mega zadowolony. Zostały mi 3 miesiące wakacji do wykorzystania. W planach już od dawna był kurs wspinaczki skalnej, Od razu w pierwszym tygodniu lipca pojechałem do Doliny Będkowskiej pełen pozytywnej energii i oczekujący solidnego zastrzyku adrenaliny. Kurs trwał 6 dni przez które instruktorzy wyciskali z nas siódme poty, najwięcej problemów nie było z kondycją tylko z  zapamiętaniem ogromu wiedzy, który chcieli nam przekazać przez ten krótki czas. Pogoda była super, ekipa na kursie bardzo zgrana, fachowi i przyjacielscy instruktorzy. Naprawdę wspaniale się wspinało przez tych kilka dni. Z miejsca polecam wszystkim zainteresowanym - Climbing & Adventure.

 

Po powrocie zaczęły się moje praktyki na ginekologi. Nie jest to ukochana przeze mnie dziedzina, niestety na oddziale mało się działo. Widziałem kilka operacji, trochę badań, porody czyli chleb powszedni na gineksach. Jedno mogę stwierdzić na pewno wielu ginekologów ma dość specyficzne poczucie humoru :D, nie będę pisał dlaczego ;). Druga część praktyk była na pediatrii, trochę było badania fizykalnego, trochę przeglądania wyników badań, też niestety bez szału. Chyba najmniej interesujące praktyki niestety.

 

Po praktykach czułem głód skał, trzeba było zacząć kompletować sprzęt i szukać kogoś do wspinania. Uratowała mnie przyjaciółka z Gdańska, którą pozdrawiam ;). Trafiliśmy na falę upałów, która przelewała się przez Polskę, rozruchy był przed siódmą, żeby zdążyć przez największym skwarem.

Wspinanie jest sportem jedynym w swoim rodzaju, trzeba chcieć pokonywać własne słabości, trzeba walczyć, trzeba bardzo dużo myśleć jak pokonać problem jak ustawić ciało, czego chwycić. Do tego kiedy odpadasz i lecisz przez chwilę czujesz jak z nadnerczy wyciska się adrenalina :D. Wbrew pozorom to bardzo bezpieczny sport i jeśli tylko ma się trochę oleju w głowie to bardzo trudno o wypadki. Wspinaczka trochę zmieniała moje życie, jeśli człowiek wychodzi poza swój obszar bezpieczeństwa, i choć trochę zaczyna ryzykować zyskuje bardzo dużo, postrzeganie swojego życia jest zupełnie inne, zaczyna się je cenić i nim jeszcze bardziej cieszyć.

5 dni łojenia upłynęło bardzo szybko. Ale po powrocie do domu przespałem tylko 2 dni i znów czekał mnie wyjazd tym razem kierowałem się na północ Polski, dokładniej na Pojezierze Bytowskie gdzie rozpoczynała się LSG (Letnia szkoła Go).

 

Zapytacie co to jest go? Już spiszę z wyjaśnieniem, go to jedna z najstarszych gier na świecie, początek szacuje się na 2500 lat p.n.e. gdzieś w Chinach. Często porównywana jest do szachów, ale są między nimi duże różnice. Na początku plansza jest pusta i na przemian gracze kładą na planszy kamienie (czarne i białe), wygrywa ten który otoczy większy obszar planszy, ale nie jest to aż tak łatwe :P , otoczone przez przeciwnika ze wszystkich stron nasze kamienie giną i są ściągane z planszy. Zasady można wytłumaczyć w ciągu 2 minut, doskonalić grę można przez całe życie. Na wschodzie są ludzie, którzy zawodowo grają w tą grę poświęcając jej całego siebie. Gra pomimo prostoty posiada niesamowitą głębię, nie da się rozegrać 2 takich samych gier. Możliwości jest więcej niż atomów we wszechświecie. Gra mnie niesamowicie wciągnęła i chciałem poznać innych pasjonujących się nią. Przez 2 tygodnie namiotowania na Przystanku Alaska poznałem wielu ciekawych i inteligentnych ludzi, z całej Polski przyjechali goiści, którzy tworzyli jedną wielką rodzinę. Wiem, że może się wydać dość dziwne spędzenie nad jedną partią 2 godzin ale to niesamowicie wciąga. Kształty na planszy mogą być piękne, mogą być też bardzo brzydkie (np. u mnie się często zdarzają :D). Przy dobrej i wyrównanej partii człowiek cały czas walczy jest napięcie, koncentracja, czasami zadowolenie czasami złość. Czas bardzo szybko tam płynie, poza graniem jest sporo innych zajęć więc naprawdę nie da się nudzić. Jezioro, siatka, planszówki i jeszcze trochę... Szkoda było wyjeżdżać, ale za rok znów mnie tam zobaczycie :D

 

Porządnie przez te wakacje podładowałem akumulatory, niedawno wróciłem do domu i teraz ostro remontujemy dom. Trzeba wykorzystać porządnie ten wrzesień. Już niedługo zacznie się ostatni rok nauki. Kurcze kiedy to zleciało …

 

Przepraszam na koniec czytelników za tak długą przerwę, od września będzie poprawa ;)

 

Piotrek

 

 

 

IMG_1191.jpg

 

IMG_1190.jpg

 

IMG_1173.jpg

 

 

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

Uwaga notka

środa, 20 marca 2013 22:40

 

 

Słońce świeciło dziś przyjemnie, zachęcając do spacerów a my mamy radiologię ;). Powiem jedno anatomię trzeba bardzo poważnie odświeżyć. Siedzę nad książką, przeglądam atlasy już 3 dzień i powoli robię się zmęczony. Nawet mi się podoba odczytywanie różnych obrazów i nauka, która może się przydać w przyszłości, ale niestety zajęcia są dalekie od ideału. Mamy całe zaplecze komputerowe a nie można tego wykorzystać niestety, jak prowadzący nie opisze to skąd student, który się uczy ma wiedzieć co zobaczyć na tomografii ? No ale nie dołujmy się może drugi blok zajęć będzie lepszy.

 

Trochę się działo od ostatniego wpisu, między innymi:

 

  • otworzono nową ściankę wspinaczkową w Sosnowcu (polecam ;)

  • szałowy sylwester w rytmach disco-polo :/ + skręcenie kostki (nie mojej)

  • przed sesyjne szaleństwo

  • koncert Meli Koteluk w Katowicach (czadowy)

  • sesja (wynik 1:1)

  • odwiedziny katowickiego klubu go (gra lepsza niż szachy)

  • wypad do Kotliny Kłodzkiej

Zaczynamy od zimowej sesji – były 2 egzaminy (neurologia i medycyna ratunkowa), z ratunków niestety poległem ale na poprawce było ok. Podsumowując zajęcia i egzamin trzeba przyznać, że to najbardziej niezorganizowane i niespójne zajęcia na jakich byłem. Rozumiem, że każda katedra wymaga czego innego i ogólnie trudno zrobić dobry plan nauczania, ale można byłoby się choć trochę postarać. Do tego materiał do nauki jest zasadniczo słaby, mamy wytyczne z medycyny ratunkowej i naprawdę nie wiem kto to napisał... Narzekam i narzekam pewnie dlatego że nie zdałem :D i dla tego, że lubię wiedzieć czego można się spodziewać i co mam umieć tu niestety nie wiedziałem.

Są i jasne strony zajęć, nie wiem czy słyszeliście ale na naszej uczelni otwarto centrum symulacji. Na zajęciach mogliśmy nauczyć się intubować na fantomach, defibrylować prawdziwym sprzętem i do bólu ćwiczyć reanimację. Główną atrakcją są symulacje wypadków i schorzeń. Mamy do dyspozycji fantomy, które mrugają, mają tętno, oddychają (są szmery oddechowe i sercowe :), do tego można założyć wkucie czy odbarczyć odmę i normalnie z nimi porozmawiać (tu lekarze i ratownicy odgrywają wspaniały teatr) – koleżanka pochyla się nad głową fantomu a z mikrofonu dochodzi tylko poetyckie bleeeeeee. My mieliśmy pacjenta, którego kopnął koń, wysiadamy z karetki (mają w budynku prawdziwą karetkę :), i od razu wywiad z poszkodowanym badanie, leki... a tu się on nam zatrzymuje – trzeba masować sprawdzać czy można potraktować delikwenta prądem i aminy presyjne podawać. Strasznie się każdy wczuwa, wyłącza się myślenie typu plastikowa kukiełka ... Ostatecznie udało się pacjenta uratować. A my mogliśmy potem wszystko obejrzeć na dużym ekranie, zobaczyć co zrobiliśmy źle i co można poprawić, gdzie są luki w wiedzy. Po prostu super. Minus tylko jeden - mieliśmy tam zajęcia tylko raz. Szczerze to było więcej warte niż większość zajęć w szpitalach.

 

Neurologia była po prostu fajna, tam się wszystko ze sobą wiąże. Można fajnie poukładać wiedzę. Choć choroby jakie były na oddziałach są mało ciekawe, przeważnie nieuleczalne. Tak sobie myślę, że trudno był neurologiem. Tyle strasznych chorób, nie panujesz nad własnym ciałem, nie potrafisz się porozumieć słowami, czy masz otępienie naprawdę nigdy nie chciałbym tam wylądować jako pacjent.

 

Pod koniec stycznia byłem ze znajomymi na koncercie Meli Koteluk w teatrze Rialto w Katowicach. Strasznie fajną muzykę gra ta Pani, wpada w ucho, ciekawe i nietuzinkowe teksty trafiają do mnie. W tym teatrze byłem pierwszy raz, bardzo ciepłe i klimatyczne wnętrze. Na początek grał Ms. no one, fajny i ciekawy zespół. W końcu wyszła ta wysoka blondynka i dała czadu, bardzo miło się jej słuchało na żywo. Jeśli macie okazję to polecam.

 

Z ciekawych wydarzeń mogę jeszcze opisać gotowanie obiadu przez mojego współlokatora (Pozdrawiamy Mateusza ;), zaproponował zrobienie wołowiny w smakowitym sosie z ryżem. Ja zająłem się doprawianiem :D. Robił ją mozolnie przez ponad godzinę. No i ja już praktycznie na gotowe wpadam i wyciągam naczynia... biorę moją „michę radości” przez co naruszyłem misterną strukturę naczyń na suszarce. Obie ręce zajęte i tylko widzę jak jedna szklanka w zwolnionym tempie mknie mi przed oczami i po chwili jest już zasadniczo w całej kuchni :D. Szkło było wszędzie, w zlewie, na podłodze, na kuchence, i w pustym garnku po ryżu też było :P. Więc teraz rozkmina wpadło do garnka z jedzeniem czy nie wpadło? Mieliśmy tak wielki weltschmerz, micha pełna jedzenia, my głodni jak nie wiem co... pasowało by to wyrzucić... Ale oczywiście medycy tak nie robią, medycy w zaparte to jedzą :). Powiem jedno to był jeden z najdłuższych i najlepiej przeżutych posiłków jakie jadłem :D, pod koniec trącam widelcem następny kęs a tam coś stuka, jakieś 3 cm szkła wyłowiłem z talerza, na szczęście nadal żyjemy i mamy się dobrze, a nasza głupota razem z nami :)

 

Tym kulinarnym akcentem kończę dzisiejszy wpis.

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdyby ludzie byli dobrzy tylko ze strachu przed karą

albo w nadziei uzyskania nagrody, byłoby to bardzo przykre”

 

Albert Einstein

 

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

Weekend w ruchu

wtorek, 04 grudnia 2012 21:32

 

W ten weekend trochę się działo. Piątek wieczorem zapowiadał się pod znakiem imprezy Andrzejkowej w akademiku naszej uczelni. Była to impreza przebierana, a tematyką było „Dobro i Zło”. Ludzów było jak mrówków, nawet nie będę pisał w przybliżeniu bo zapewne bym się mocno pomylił, najlepsze z tego było to że ¾ było rzeczywiście przebranych. Mi udało się pożyczyć od kolegi zacny kostium smoka, choć trochę smutne było to, że przeważnie brano mnie (o ironio) za owcę :D. Padały jeszcze propozycje dinozaura, tygrysa, i wiele innych ciekawych. Organizatorom naprawdę udało się zrobić mega imprezę. Z ciekawszych strojów moich znajomych: Rambo – pierwsza krew, Gandalf Biały z laską, która naprawdę świeciła, wiking z różową brodą i wiele wiele innych.

W sobotę po wstaniu miałem już zaplanowany cały dzień. Mianowicie 1 grudnia odbywał się gliwicki Pionek, czyli cykliczne spotkanie z grami planszowymi. Na tą imprezę przyjeżdżają ludzie z całej Polski, żeby pograć w gronie ludzi kochających karty, pionki, plansze heksy i wszystko inne zawarte w niepozornych opakowaniach. Pionek trwa w sobotę i niedzielę od 10 do 18, do dyspozycji graczy jest masa tytułów (liczona w setkach), każdą można wypożyczyć za darmo, a wolontariusze wyjaśnią Ci zasady. Ci, którzy nie grali w nic poza chińczykiem i monopoly , zasadniczo nic nie wiedzą na temat świata nowoczesnych gier planszowych. A ten jest bardzo szeroki i można w niego na maksa wsiąknąć. Od prostych gier imprezowych, po lekko losowe gry do posiedzenia ze znajomymi do ciężkich mózgożernych eurogier. Świetnie spędziłem te kilka godzin, poznałem nowych ludzi, było dużo śmiechu, sporo myślenia, człowiek nawet o obiedzie zapomina :D. Potem trzeba było się przetransportować do mojego rodzinnego miasteczka, bo otóż moja siostra obchodziła urodziny, 2 godziny w pociągu i byłem w domu. Przybyli w komplecie przyjaciele z rodzinnych stron więc do 2 czas szybko minął. A rano nie wiem czy się domyślacie... :D trochę się ogarnąłem i znowu ruszyłem w kierunku Gliwic :). Czas szybko zleciał, następny pionek już za pół roku więc zachęcam Was, żeby choć na chwilę odwiedzić to miejsce. Po takiej weekendowej aktywności padłem o 22 do wyra.

 

Teraz mamy blok zajęć w Katowicach, na oddziel są 4 grupy, czyli ok 40 osób, zwykle jest ok 20, i ja się pytam czy dziekanat się dobrze czuje ustalając coś takiego ??? Dość często student ma wrażenie, niesamowitego marnowania czasu. Zajęcia zaczynają się wg planu o 8, a norma to 30 minutowa obsuwa, tak jest na większości katedr niestety. Oczywiście nie mam nic do tego żeby zajęcia zaczęły się trochę później a tak jak buraki przyjdziemy w środku nocy na tą 8.00 czasami nawet wcześniej i ćwiczymy cierpliwość, ale to już kwestia organizacji na linii dziekanat-katedra.

 

 

Tydzień temu ze znajomymi byliśmy w katowickim Megaclubie na koncercie Tides From Nebula, chłopaki dali czadu, to był najlepszy koncert na jakim byłem do tej pory. Naprawdę lubię ich muzykę. Teraz tylko czekać na następną trasę koncertową.

 

Na koniec mem, który obrazuje to co myśli zwykły planszocholik ;)

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Babia Góra

niedziela, 28 października 2012 21:59

 

Tydzień temu z paczką znajomych postanowiliśmy pojechać w góry. Wybór padł na Babią Górę, w te wakacje byłem już na tym szczycie, ale zdecydowanie nie żałuję że drugi raz odwiedzam to miejsce w tym roku. Pogoda zdecydowanie nie przypominała pogody z obecnego weekendu. Dość mocno się zdziwiłem, kiedy dziś po wstaniu na balkonie zastałem biały zimny puch. Tydzień temu kiedy wędrowaliśmy z Krowiarek miałem na sobie krótkie spodenki i podkoszulek, a dziś byłem w kurtce zimowej :D. Babia zaprezentowała się teraz z zupełnie innej strony, po wdrapaniu czekaliśmy na zachód słońca, już od bardzo dawna nie widziałem tak pięknych widoków. Siedzieliśmy tam po prostu oczarowani. Ale to nie był koniec atrakcji, po chwilowym glebowaniu w schronisku z czołówkami i latarkami w dłoniach poszliśmy Percią Akademików na wschód słońca. Jeszcze nigdy nie chodziłem po górach po zapadnięciu zmroku. Atmosfera takiej wędrówki jest zupełnie inna. Widzisz drogę tylko na kilka metrów przed sobą, las jest cichy, spokojny. Jak gdyby inna kraina. Udało nam się wdrapać na szczyt, i powiem Wam jedno – wiało :D. Nie spodziewałem się aż tylu ludzi na szczycie, była nas około setka, i wszyscy przyszli na spektakl wynurzania się słońca znad horyzontu.

 

Na prawdę polecam, jeśli ktoś lubi góry to koniecznie to trzeba zobaczyć.

 

Co słychać na uczelni ? W ubiegłym tygodniu mieliśmy choroby zakaźne, czyli poranne dojeżdżanie do Bytomia. Nie były to porywające zajęcia, tylko raz byliśmy na oddziale, a tak to tylko prelekcje. W sumie to może się boją, że coś podłapiemy ... W czasie środowych zajęć przynajmniej było wesoło, kilka godzin przed rozpoczęciem zajęć była impreza w klubie dla SUM-u, ludzie na zajęciach wyglądali po prostu bosko, (nie żebym ja wyglądał jakoś lepiej, bo przeważnie to nawet i bez imprezy jestem pierwszy w kolejności to przymykania oczu, a czasami to już dochodzi w grupie do robienia zakładów za ile Piotrek się uśpi.). W każdym razie przetrwaliśmy środowe zajęcia i udaliśmy się męską częścią grupy na Bytomską ściankę wspinaczkową. Łoiliśmy ponad 3 godziny i zadowoleni jak małe dzieci rozjechaliśmy się na spoczynek.

 

Zaczyna się nowy tydzień, jeszcze dwa dni zajęć i powrót do domu, oby tylko pogoda się poprawiała. Trzeba się przygotować na jutro, więc piszę krótko – dobranoc ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Ja tam wolę być nieszczęśliwy,

niż pozostawać w stanie fałszywej,

kłamliwej szczęśliwości, w jakiej tu się żyje.”

 

Aldous Huxley - „Nowy wspaniały świat”

 




komentarze (28) | dodaj komentarz

V Rok

wtorek, 16 października 2012 23:26

 

Siedzę w akademiku, stukam w klawisze, nowy semestr rozpoczęty. Całe wakacje nic nie pisałem. W sumie to mało korzystałem z wszelkich form przekazu internetowego. Lato spędziłem dość spokojnie, trochę gór, trochę szpitala sporo zacisza domowego.

 

A więc od początku, sesja przeszła gładko. Egzamin z farmakologi okazał się do przejścia, w sumie to nawet mało osób go nie zdało, choć zajęcia w czasie roku akademickiego będą długo siedzieć w pamięci...

 

Kilka dni po egzaminach czekała wyprowadzka z mieszkania, kupa gratów do przewiezienia, w końcu mieszkałem tam 2 lata. Obecnie mieszkam w akademiku, ale niestety tylko na miesiąc. Po głębszych przemyśleniach stwierdzam, że akademik jest jednak bardzo fajną opcją. Ale wracając do wakacji. Nie wiem czy pamiętacie ale pierwsze 2 tygodnie lipca to było piekło. Miałem zaplanowane szwendanie się po Beskidach, a tu 38 stopni w cieniu. I tak licząc że nie umrę z przegrzania dotrwałem do połowy miesiąca czyli zaczęcia praktyk.

 

Po czwartym roku studenci medycyny mają zajęcia wakacyjne na Oddziale ratunkowym i na chirurgii. Na początek byłem na ratunkowym. Zajęcia były całkiem fajne, były róże wypadki, urazy, sporo alkoholików się przewijało przez internistyczny SOR. Na chirurgii było też całkiem w porządku, co prawda już od pewnego czasu wiem, że to akurat mnie nie ciągnie, ale przyjemnie było po patrzeć przez 2 tygodnie jak kroi się ludzi. Trafiłem na oddział chirurgii ogólnej, ale blok operacyjny jest wspólny z ginekologią i ortopedią, więc było sporo ciekawych operacji. Trochę śmieszne jest jak przedstawia telewizja pracę chirurga. Na ekranie krew sika po całej sali, co chwilę jest zatrzymanie akcji serca. A rzeczywistość to precyzyjne i schematyczne wykonywanie podcięć , podwiązań i całej gamy innych czynności. Większość społeczeństwa chyba może mieć trochę mylne wyobrażenie na temat pracy lekarza chirurga :)

 

Po praktykach wybrałem się w Beskidy, pierwszy raz sam. Zupełnie inaczej się wędruje solo. Może nie jest to aż tak przyjemne jak chodzenie z kimś bliskim, przyjacielem czy grupą dobrych znajomych. Ale ma sporo plusów. W tym roku wchodziłem na Babią Górę, zacząłem od stacji kolejowej w Kojszówce i powoli zmierzałem w kierunku Hali Krupowej, gdzie miałem się zatrzymać na nocleg. W schronisku spotkałem koleżankę z LO, (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam) i żeby było śmieszniej miała ze sobą znajomych, którzy przyjechali z zagranicy na praktyki studenckie. I tak udało mi się wkręcić w posiadówę przy ognisku. Trzeba mieć szczęście, żeby się tak spotkać. Zwłaszcza, że na trasie ludzi było bardzo mało. Na drugi dzień odłączyłem się i zaczęła się wspinaczka pod Babią. Było momentami dość stromo, ale dla tych widoków było warto. Pod koniec dnia zszedłem pod schronisko (a raczej hotel górski), dla uatrakcyjnienia pobytu woda w całym schronisku była dostępna tylko od 21 do 22.30. więc jak coś to straszliwie polecam ten obiekt :P. Wyprawę skończyłem w Zawoji. Pod koniec posta wrzucę kilka zdjęć.

 

Reszta wakacji biegła spokojnie, trochę dom, czasami Kraków, urodziny kumpla ze studiów w jego domu w Sudetach. Ogólnie bardzo fanie. Pod koniec września byłem w Madrycie. Piękne miasto. Jeśli tylko ktoś ma okazję to naprawdę polecam je zwiedzić.

 

I tak doszliśmy do tytułowego V roku, zajęcia trwają w najlepsze. Obecnie mam blok z interny w Centrum Chorób Serca, zajęcia dość ciekawe, ale chyba trochę za długie, przez dwa dni zaczynają się o 8 i kończą o 15.45. Ale jakoś damy radę ;). Tydzień wcześniej miałem też internę, ale na nefrologii. Nie uwierzycie jak często zdarzają się choroby nerek. Byłem trochę zaskoczony, częstością i przebiegłym przebiegiem rozwoju niewydolności nerek. W sporej większości przypadków to praktycznie nie daje objawów. Na zajęciach pooglądaliśmy maszyny do dializ, pacjentów z przeszczepionymi nerkami, ale fajerwerków nie było.

 

Trochę mnie nie było i pewnie dla tego ten post jest trochę dłuższy. W każdym razie postaram się pisać w roku akademickim częściej. ;)

 

Pozdrowienia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     

    „Coś się kończy, coś się zaczyna.”

Andrzej Sapkowski – Krew Elfów

 




komentarze (19) | dodaj komentarz

Great comeback

wtorek, 22 maja 2012 0:14

 

 

No dobra żyję ;). Trochę mnie tu nie było, ale to jest ciężki semestr i poza brakiem czasu wyłaziło też zmęczenie i niechęć do pisania.

 

Od marca trochę się wydarzyło w życiu studenta medycyny. Z zajęć na uczelni zostały mi już tylko 1,5 tygodnia.

Co się ciekawego działo? Tydzień temu mieliśmy zajęcia w nowym centrum chorób serca na oddziale diabetologii, wchodząc do szpitala od razu można stwierdzić że się trafiło do zupełnie innego świata. Wszystko zupełnie nowe, łózka dla pacjentów z elektroniczną regulacją, pokoje zabiegowe, świetlica, bufet, atrium z zielenią w środku szpitala. Po prostu człowiekowi szczęka opada. Do tego naprawdę się nami zajęto, dużo było tłumaczenia, sporo kontaktu z pacjentami i cały czas był z nami lekarz. Jeśli zajęcia wyglądały by tak w każdym szpitalu to edukacja przynosiłaby dużo więcej przyszłym lekarzom. I tu może taka mała historyjka, pan Profesor nam opowiadał o pacjencie z stopą cukrzycową (można doprowadzić do zupełnego barku czucia jeśli się zaniedba leczenie cukrzycy), w każdym bądź razie pacjent ów miał również dializy i wracając do domu usłyszał w bucie chlupot, zdziwiony zagląda do buta ... okazało się że w czasie dializ wpadł mu tam skalpel...reszty nie trzeba chyba dopowiadać ;)

 

W innym tygodniu były zajęcia z radiologii, którą osobiście bardzo lubię, tam też zajęcia były ciekawie prowadzone, pan doktor opowiadał o różnych ciekawych przypadkach, po pewnym czasie temat zszedł na trochę inne tory, mianowicie o misji lekarza jako społecznego uświadamiacza ważnych kwestii zdrowotnych, po tym jak opowiedział o pacjencie który miał przetokę do pęcherza i po zdjęciu opatrunków można tam było patrzeć jak do studni, po czym zaznaczył że jednak palenie nie jest takie fajne. To tego dorzucony komentarz że „kiedy się patrzy pacjentowi w oczy to... („no bo wiecie czym są oczy?? oczy to są ... wypustki mózgu :D”) to się spotyka mózg z mózgiem.” Umarliśmy jak ten tekst usłyszeliśmy.

 

Z innych zajęć było trochę pediatrycznie, trochę internistycznie, a nawet były podstawy neurologii, które byłe nawet ciekawe, no ale niestety żadnego pacjenta nie zobaczyliśmy :/

 

Z innych ciekawych przeżyć można by dodać majówkowy wypad w skałki. Pierwszy raz byłem w prawdziwych skałach. Niesamowicie się wspina, zupełnie inaczej niż na panelu. Do tego jura to piękna część Polski. Tak sobie postanowiłem że przejdę szlak orlich gniazd kiedyś :). poniżej jedno zdjęcie z wycieczki.

 

Może ciekawi Was jak tam idzie farma, o dziwo poszło to dość gładko, choć z bardzo dużymi nakładami intelektualnymi i mnóstwem siedzenia na dupce i rycia. Cząstkowe zdane, receptura zdania, teraz mam tylko („tylko”) do zaliczenia całość materiału z 3 semestrów. Ale trzeba się będzie spiąć i zacząć ostrą naukę. Tak czy siak do egzaminu powtórki się przydadzą :)

 

Ze spraw prywatnych znów jestem w związku ze wspaniałą dziewczyną:) z czego się bardzo cieszę. Dobrze że wakacje już powoli nadchodzą.

 

PS. Nie wiem kiedy będzie następny post, obym miał siłę coś tu skrobnąć wcześniej niż ostatnio

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (18) | dodaj komentarz

Byle do czerwca :)

wtorek, 28 lutego 2012 19:59

 

 

Patrząc na komentarze w poprzednim poście dochodzę do wniosku, że jednak trzeba by coś napisać. Powód mojej nieobecności jest dość prosty, na początku były ferie, czyli nadmiar wolnego czasu, a obecnie farmakologia – NIE MAM WOLNEGO CZASU :/

 

Tym miłym akcentem rozpoczynamy wpis w przedostatni dzień tego pięknego miesiąca. Co się działo przez luty? Na plus zdecydowanie wychodzi przepchnięcie z pasjonującego przedmiotu jakim jest dermatologia, jak i prawie 2 tygodniowe ferie. Czyli opierdzielanie, spędzanie czasu z rodziną, potyczki w różnego rodzaju gry planszowe (siostra stwierdziła już dawno, że jestem uzależniony :), i łyżwy. Byłem chyba z 6 x na tafli zabrzańskiej, i próbowałem nauczyć się przekładanki tyłem, efekty nawet zadowalające :D

 

W tamtym tygodniu byliśmy na chirurgi w Bytomiu, za dużo się niestety nie widziało, a wstawać trzeba było :/. Pod koniec tygodnia dowiedzieliśmy się z kim będziemy mieli ostatni semestr zajęć z farmy. Stety niestety dostaliśmy jedną z najbardziej wymagających asystentek, dr M. i ten semestr będzie wyglądał zdecydowanie monotematycznie dzięki temu. Obecnie siedzę nad lekami związanymi z krzepliwością, i tłukę te głupoty do pustej łepetyny ... Do tego jeszcze blok z patomorfologi, na którym jest sporo do obrycia.

 

Przepraszam za posta wiem, że jest monotematyczny i dość pesymistyczny ale tak obecnie to wszystko niestety wygląda. Może po małej adaptacji za kilka tygodni będzie lepiej ...  (A tak w ogóle, to na pewno będzie dobrze ;P)

 

 

 

 

 

 

 

"Co nas nie zabije, to nas wzmocni.”

Friedrich Nietzche




komentarze (28) | dodaj komentarz

sobota, 1 października 2016

O moim bloogu

Na tym blogu chciałbym dzielić się przeżyciami związanymi z studiami medycznymi w mieście jakim jest śląskie Zabrze.

O mnie


Cześć studiuję na piątym roku, wydziału lekarskiego w Zabrzu. Jestem zakochany w nocnym niebie i polskich górach, uwielbiam sport, zwłaszcza koszykówkę i siatkówkę, bieganie, rolki i łyżwy, karate, coraz bardziej wkręcam się w żonglerkę a ostatnio i ścianka wspinaczkowa nie jest mi obca. Lubię bawić się aparatem fotograficznym, i nadszedł już czas do przyznania się... jestem Planszoholikiem.

Wszystkie zdjęcia na tym blogu są mojego autorstwa ;)

Jeśli kogoś zainteresuje moja osoba to my e-mail :sadek3@o2.pl

Statystyki

Odwiedziny: 531724
Wpisy
  • liczba: 52
Bloog istnieje od: 2990 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl